O Gumie do żucia, sztuce i nudzących się widzach

Lubisz gumy do żucia? Głupie pytanie, kto nie lubi. Ja je lubię, ale fanem wielkim to nie jestem. Aczkolwiek, w gąszczu wszelkich internetów znalazłem takie o to dziwne coś. Ścianę oblepioną gumą do żucia. I to nie taką zwykłą ścianę. Jest sobie gdzieś daleko w Sjetyl w Ameryce, w Usa, teatr o niezrozumianej przeze mnie nazwie Market Theatre.  Na jego ścianie jest mozaika stworzona z (Wg Badań Amerykańskich Naukowców z Usa) bilionów tysięcy sześciu gum do żucia. Co widać na zdjęciu. Wygląda to śmiesznie, ciekawie i nawet estetycznie. A wabi toto turystów jak cholera a historia ściany zdążyła już nawet zostać okryta legendą.

Legenda kontra prawda

Rzekomo, początki  gumowej mozaiki sięgają roku 1900 (okrągłe liczby w legendach, brzmią bardzo przekonująco). Widzowie przychodzący na spektakl do Teatru, byli albo na tyle nieuprzejmi albo tak bardzo się nudzili, że pewnego słonecznego dnia postanowili, jak jeden mąż, przykleić do muru gumy (które oczywiście wszyscy, dziwnym zbiegiem okoliczności, mieli.). Co więcej, w akcie miłosierdzia i wsparcia dla ubogich, wczepiali w nie monety o drobnym nominale. Z bliżej niewyjaśnionych powodów zaprzestali w bardzo krótkim czasie. Władzom Teatru było to nie w smak, wszakże jak można takim aktem wandalizmu plugawić Ściany Instytucji Kultury, więc oczyścili mury teatru. Chyba nie muszę nadmieniać, że bezcelowo. I tutaj kończą się słowa legendy. Prawdopodobnie, był to jednak swego rodzaju zryw artystyczny czy happening odbywający się w 1993 roku. Nawiązywał on zapewne do Alei Gum balonowych z Kalifornii. Obecnie, jeśli wierzyć luźnym szacunkom, na ścianie Market Theatre znajduje się ok. 100 tysięcy okazów.

Z reklamą się nie walczy

Teatr próbował walczyć z plagą dwukrotnie. Próbował, ponieważ ludzie i tak chętnie przyklejali nowe żujki w miejsce starych. Ostatecznie, po roku 1999 zaprzestano walki z wiatrakami. Zostaje nam jedynie wierzyć, że nie miało to nic wspólnego z wzmożoną turystyką i rozpoznawalnością miasta. Tak na serio, dokonano właściwej pod względem ekonomicznym decyzji. Co roku setki turystów przyjeżdżają do Seattle by zrobić sobie zdjęcie na tle ściany. w 2009 roku została wpisana na listę pięciu najbardziej germiest (germ-zarazek, nie byłem w stanie dobrze przetłumaczyć na polski – zarazkowych? pełnych zarazków?- język polski jest jednak ubogi w przymiotniki)  atrakcji turystycznych. Według rankingu, stworzonego przez Trip Advisor, zajmuje zaszczytne drugie miejsce na wspomnianej liście. Ohyda czy nie, wspiera budżet.

Sztuka?

Jak dla mnie, czemu nie. Bez zbędnego gadania o przesłaniu, nawiązań do Wenus czy innych Arnolfinich. Ludzie przychodzą, naklejają gumę czy siedem, idą dalej. Ingerują w krajobraz, w architekturę, tworząc barwną kompozycję. Bez szlachetnego celu, górnolotnych przesłań, dorabianej ideologii i przede wszystkim – ględzenia jak się powinno to dzieło odbierać, żeby je zrozumieć. Po prostu fair i bez kłamstwa. I wydaje mi się, że taka powinna być sztuka nowoczesna. Nie ważne czy z zarazkami gratis czy nie.

Reklamy

Zostaw Wiadomość

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s