O Smokach, fajerwerkach i muzyce, czyli jak to się robi w Krakowie


Umrzyłem. Z wrażenia. Natenczas w mojej głowie widnieje jedno wielkie łot-da-fak. Więc zacznę od początku i przy okazji się ogarnę, żeby nie było.

Jeśli nie szukasz kultury, ona Cię dopadnie.

Dzień zaczął się powrotem z tak zwanej „posiadówy” i historii ze Śmiesznym Psem. (Historia ze Śmiesznym Psem na samym dole). Byłem w sklepie, zakupiłem upragnione kąpielówki i postanowiłem udać się do domu. Oczywiście, nie wyszło. Otóż, wysiadając z autobusu ruszyłem z nadzwyczaj licznym tłumem treści ludzkiej. I nagle -Bam! nad Wisłą zaczynają strzelać fajerwerki, zewsząd zaczynają otaczać mnie dźwięki muzyki a na Wiśle pojawiają się dmuchane gigantyczne smoki. Myślę sobie – łot da fak. Ale dobra, pójdę, zobaczę. Koleżanka podeszła do stojącego nieopodal Pana Władzy z zapytaniem o co kaman. W odpowiedzi usłyszała, jakby wyuczone na pamięć podczas kilkutygodniowego kursu, „Parada Smoków.” (tak kropkę dało się odczytać z jego wypowiedzi). Myślimy sobie -O.K.

Ognie, światła i średniowiecze.

Miałem nadzieję, że będzie działo się coś fajnego, ale to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po pierwsze – fajerwerki. Kto z nas ich nie lubi? Było ich mnóstwo. Zwykłe, wirujące, wielokrotnie eksplodujące czy choćby te, które zamieniały się w „mżawkę świateł”.  Ich synchron z muzyka i zachowaniem smoków dopięty był na ostatni guzik. Profeska z oszałamiającą jakością. Co najlepsze, wystrzeliwane były z ogromnych łodzi przy jednym z brzegów rzeki.  Chociaż wystarczyły same sztuczne ognie, żeby zaimponować publice, postarano się o jeszcze jeden element wizualny. Światła. I nie, nie mam na myśli świecących gdzie popadnie halogenów. Chodzi mi o prawdziwą grę świateł, która odbywała się… na wypompowanych strumieniach wody. Fontanna nie tylko wody, ale i świateł – mega.

Klimat uzupełniał Wawel, który pomimo tych technologicznych efektów wywierał wrażenie, jakby cała akcja działa się kilka wieków wstecz. No i księżyc w pełni, a nad rzeką unosząca się gęsta mgła –  też nie pozostały bez wpływu, i na tle fajerwerków dopełniały wrażenia rozmachu całego przedsięwzięcia. Ogólnie magia klimatu.

Muzyka, Muzyka i jeszcze raz Muzyka.

To było chyba najlepsze. Z kilku głośników wydobywały się utwory, które śmiało można by zakwalifikować do rodzaju – „Muzyka filmowa z rozmachem”. Miałem na myśli inne słowo, ale trzymamy się kultury. Basy, Chóry, wokale i same instrumentale. Stojąc tam, czułem się jak na planie filmu na podstawie jakiejś gigantycznej epopei. Z taką muzyką to było jedno z tych przeżyć, które nazwałbym „must feel once in a lifetime”. No i dało się słyszeć jeden z kawałków, który mają dla mnie znaczenie sentymentalne – Mystic’s Dream, Loreeny McKennit.

nuta tutaj.

Mamo, ja chcę takiego Smoka!

Na serio. „kroczące” po Wiśle, a tak na prawdę unoszące się nad nią stado smoków. Niektóre walczyły (jak te dwa na obrazku), inne poruszały się spokojnie, a jeszcze inne były oświetlone z każdej strony, co przywodziło na myśl hologramy. Tego niestety nie da się opisać, a na zdjęciach też nie widać.  Dlatego też, Bóg wymyślił youtuba.

Podsumowując, klimat: 8/10 (ruch na mości Dębnickim skutecznie sprowadzał na ziemię) Muzyka: 10/10 (bez zarzutu) Smoki: 7/10 (Trochę mało ich było…) Oprawa wizualna: 9/10, Miejsce: 10/10 (Czy jakakolwiek inna lokacja dawałaby taki klimat? I don’t think so.) Czas: 10/10 (Jeśli można trafić na takie wydarzenie od tak po prostu wracając ze sklepu, jest to dla mnie nowy wyznacznik jakości ;]). Wiec żałujcie wściekle, pogrążcie się w rozpaczy jeśli was nie było, bo oto powiadam wam  – straciliście wiele! Ale bez obaw, następna parada już za rok. Ciekawe co wtedy przygotują organizatorzy? (czytaj: Teatr Groteska)

Obiecana Historia ze Śmiesznym Psem

Mam czasem takie dni, kiedy wszystko dookoła jest takie jakieś… surrealistyczne i nie do końca logiczne. Takim dniem była niedziela. Wracam sobie, kulturalnie przetyrany, o 4 nad ranem,  idąc bulwarem i patrzę – jakiś pies, głupi, skaczący na lewo i prawo przebiega obok mnie. Niewzruszony, nie przywiązując specjalnej uwagi do zaistniałego faktu, idę sobie dalej. Pies, prawdopodobnie świadom mojej taktyki, stwierdził jednak, że w takim razie poskacze przy kaczkach. Jako, że kaczki zdecydowanie lepiej funkcjonują w wodzie, pies musiał udać się na tratwę, żeby mieć lepszy widok na ptactwo. Po chwili jednak, widocznie coś mu nie pasowało, postanowił wskoczyć do lodowatej rzeki. Przez około 5 minut pływał w Wiśle, goniąc jedną upatrzoną kaczkę i kłapał za nią pyskiem. Nie muszę chyba dodawać, że kaczka płynęła szybciej niż zapewne zdarzyło się jej kiedykolwiek w życiu. Wyglądało to tak komicznie, że ludzie na bulwarze pękali ze śmiechu. Poza właścicielem, który musiał na koniec wciągać psa z rzeki (zwierzak nie potrafił wejść na ląd i cały czas się ześlizgiwał z tratwy – takiego śliskiego podłoża pozazdrościłaby nawet Mama Madzi), po czym został uraczony chluśnięciem lodowatej wody, gdy zwierzę postanowiło się osuszyć. Widok miny przemoczonego kolesia – bezcenny. Za resztę zapłacisz kartą „Więcej niż jedno zwierzę”.

Advertisements

Zostaw Wiadomość

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s